Elegia Sąsiedzkich Oblicz

…wciąż jednak pamiętam owych dziwnych, przeważnie przygarbionych staruszków, którzy przeklinali w dialekcie z dawnej Galicji, jeszcze z czasów gimnazjalnych pamiętali łacińskie przysłowia, a w czasach Chruszczowa i The Beatles ubierali się tak, jakby szli witać erzherzoga Franciszka Ferdynanda.
Jurij Andruchowycz

***

ELEGIA SĄSIEDZKICH OBLICZ

Jurij Andruchowycz

Pani Żukowska zawsze spoglądała z okna
w białym toczku z włosia o sody odcieniu,
jak lekko mżyło, jak ściana kamienicy mokła
ze stacji robotnicy szli, ze snu niedobudzeni.
Jej mąż w białym trenczu, zgarbiony, za parkanem
(jeszcze w polskich czasach pracował na kolei)
tkwił bez ruchu, wpatrując we mgłę oczy stare,
spódnice i suknie znikające wzrokiem śledził.

Tam mijało lato, przechodziła jesień i słoty,
jaśniały sople na rynnach, kiedy przyszła zima
i chowali Izajasza, który przeżył getto i suchoty
i suche oczy miała młodsza córka Miriam.
Wieńcem od rodziny szewca ozdobiona mogiła,
barwny i kłujący, rozpościerał się dumnie
i zaprowadzili starego spać za miasto w trumnie
(a na to wszystko Żukowska z okna patrzyła).

Potem – znów było lato, kurz i szmaciana piłka
wpadała do ogrodu wzbijając szklaną mżawkę
i wybiegała staruszka jak knot od świecy nikła
za podeptany klomb wrzeszczała na hałastrę,
bo hodowla tulipanów, jedwabnych, jak koszula ciału
panią Lusię bolała, największa życiowa ekstrema.
Wróżkę, w czterdziestym trzecim owdowiałą
która nie „chryzantema” mówiła a „ryzanterema”.

Wracajcie do mnie wszyscy – niepiśmienni i uczeni,
ożyjecie na nowo – starczy jednego dotyku!
Czarna Mańka, nosiła węgiel w dziurawej kieszeni
Doktor Dutka, który znał dziewiętnaście języków.
Siostry miłosierdzia, skrzypkowie, zduni i malarze
mieszkańcy wiekowych werand i ciasnych dobudówek
włóczędzy – ptakowie nie wpisani w ważne inwentarze
wyrastajcie, teraz już wolni od kłótni i wymówek

Nie figurki nieme z plasteliny, nie lalki woskowe –
lokatorzy sadów za torami w lniane koszule ubrani
w połowę stulecia, powojenną i gorzką połowę
weszliście jak pod drzewo
dach przemokły i rozchwiany –
Och, to drzewo!
rozłożysty orzech włoski
Jesienią siebie na grunt z gałęzi rozdawał
wysypywał dla nas z pełnego rogu obfitości
(a na wszystko z okna Żukowska spoglądała)
Zbieraliśmy orzechy w garnki
do wiader
do bali
wkładając w wilgotne dłonie gorycz jasną

…odjeżdżali, zmieniali mieszkania, umierali
A życie i tak zasiało ziele co ścieżki obrasta..
(jak gorączka miniona obsiewa usta wyschnięte)
Te przeżyte miasta – jak dłonią muśnięte.